Wolna środa

avatar

Od dwóch tygodni co środę testujemy "KBK przyszłości", czyli Królestwo, które żyje od 10.00 do 23.00 bez mojego udziału. I o ile na razie nierealne jest znalezienie wolontariuszy na wszystkie dyżury w tygodniu, o tyle ten jeden dzień wydaje się być do ogarnięcia. Przynajmniej do tej pory się to udaje.

Wbrew tytułowi środy nie są dla mnie wolne. Ani od pracy, ani od KBK. Zwykle mogę je wykorzystać do zrobienia rzeczy, na które w inne dni nie ma czasu. I tak dwa tygodnie temu pojechałem odebrać naprawioną kolejkę, wczoraj natomiast naprawiłem z Andrijem kran a potem poszedłem do Biedronki po zaopatrzenie. Dzięki temu znów jest zapas mydła w płynie i łososia.

Przy okazji mogłem zobaczyć jak na klatce schodowej w mojej kamienicy padają promienie zachodzącego słońca. Zwykle zachody przychodzą, jak jestem w Królestwie.

Ogólnie wszystko idzie w dobrym kierunku, choć wiele jest jeszcze do zrobienia. Zdecydowanie jednym z problemów, nad którymi trzeba się pochylić jest stosunkowo mała frekwencja w dni bez wydarzeń. Wczoraj na przykład było 9 odwiedzin. Bez tragedii (bywało gorzej), ale dobrze byłoby to zmienić.

Drogi są dwie. Pierwsza to robienie codziennie wydarzeń. Druga to dotarcie do ludzi z sąsiedztwa. Choć, jedna droga nie wyklucza drugiej.

Teoretycznie najłatwiej robić wydarzenia. Konieczne jest jednak wyrobienie jakiejś formuły. Częściowo mamy ją stworzoną. Bo w poniedziałki zawsze jest "Let's talk Polish", w piątki zwykle "Otwarta pracowania", a w soboty Noce planszówkowe (czasem wcześniej Practical Philosophy Club). Na czwartek można przenieść część innych dotychczasowych wydarzeń. Pozostaje wtorek i środa. Pomysłów nie brakuje, o czym pisałem wczoraj. Pytanie jednak, czy uda się wyrobić jakąś rutynę, która usprawni proces organizowania eventów?

Nieco trudniej może być z dotarciem do ludzi z sąsiedztwa. Gra jest jednak warta świeczki, bo może dać to bardziej trwały efekt.

O co chodzi z tym sąsiedztwem? Otóż, jak już wspomniałem, poza wydarzeniami bywa różnie. Raz ludzi są, innym razem ich nie ma. Jest tak dlatego, że wiele osób, które bywają w KBK jest z innych części Krakowa. Wyklucza to typowe "kawiarniane" zachowania, czy wpadnięcie na 20-30 minut, aby napić się herbaty lub kawy. No bo jeśli 30 minut trzeba jechać tramwajem to nikt nie będzie się fatygował. Na coś takiego pozwolić sobie mogą tylko ludzie z sąsiedztwa. Wśród bywalców KBK jest takich niewiele. Takim, który faktycznie wpada często jest tylko @mynewlife.

Jak zatem trafić do sąsiadów? Pomysły na ten moment są dwa. Pierwszy to bardziej widoczna (i lepiej sformułowana) informacja w oknach. Drugi to cała kampania, której jednym z elementów może być słup ogłoszeniowy na rogu Krowoderskiej i Biskupie.

Najpierw jednak dobrze byłoby przemyśleć i uzgodnić jakąś strategię co do "państwowości" Królestwa. Dyskusja na ten temat była na drugim lutowym spotkaniu wolontariuszy. Stanęło na tym, by traktować to jako happening. Wciąż jednak nie rozstrzygnięta jest kwestia definiowania KBK przez ten pryzmat, a jednak jest to warunkiem sine qua non tworzenia nowego opisu KBK. Kolejne spotkanie wolontariuszy już w najbliższy poniedziałek, więc można ten temat poruszyć.



0
0
0.000
1 comments