Ogród za murem

W Krakowie jest kilka (a nawet więcej) ogrodów za murami. Oparły się betonozie, ale nie ma do nich dostępu. Od świata zewnętrznego oddzielają je cegły. Zwykle są to nieruchomości kościelne, co rozpala wyobraźnie miejskich aktywistów, którzy chcieliby je znacjonalizować, otworzyć i udostępnić masom. Dziś minąłem jedno z takich miejsc. I tak sobie myślę, że to najgorsze co mogłoby je spotkać. Są oazami spokoju właśnie dlatego, że nie ma tam mieszkańców. Co więcej - nie ma tam nawet turystów, którzy w Krakowie są wszędzie, ale nie tam. Pewno dlatego czasem zza muru dobiegają odgłosy ptaków, których zwykle nie słyszy się w mieście. Ot, na przykład sowy.
Nie mam dostępu do tych miejsc, ale świadomość, że wciąż w Krakowie istnieją takie enklawy bez tłumów nastraja mnie pozytywnie. Gdyby je otworzyć, to nie byłyby tym czym są.
Z okazji Wielkanocy życzę Wam spokoju jaki jest w tych ogrodach i wiosny w sercach. Niech wszystko Wam rozkwita!
W Warszawie, gdzie ogrody klasztorne były na skarpie jeszcze jeden i to całkiem spory ocalał.
Są mieszkańcy, a w wielu przypadkach mieszkanki — jest do nich dostęp zza klauzury.
Pisząc "Są oazami spokoju właśnie dlatego, że nie ma tam mieszkańców" miałem na myśli te masy a nie mieszkańców jako takich. U mnie w kamienicy też jest mały ogród, ale dostęp jest ograniczony. I bardzo mi się to podoba.
PS. Akurat ten ze zdjęcia nie jest zakonny. Możesz zgadywać gdzie jest.