Miejsca trzecie, czyli jak Polacy wypaczyli teorię Oldenburga

avatar

Na początku grudnia otrzymałem wiadomość od Oli z Apteki Designu. Brzmiała tak:

Chcemy rozmawiać o projektowaniu doświadczeń - i trudno nam sobie wyobrazić tę rozmowę bez Ciebie.

Cóż, zasadniczo nie biorę udziału w żadnych dyskusjach poza Królestwem, ale na tak sformułowaną prośbę nie mogłem odpowiedzieć inaczej. Zapisałem termin w kalendarzu. 28 stycznia. I tyle. Nawet nie dopytywałem o szczegóły. No i nie ukrywam, że trochę się zdziwiłem, gdy wczoraj szukając jakiś wzmianek o Królestwie trafiłem na tytuł tej dyskusji: Jak i po co projektować doświadczenia (w) przestrzeni: Miejsca Trzecie.

Z terminem "miejsca trzecie" spotkałem się w ubiegłym roku. Kilka razy ktoś go użył w kontekście zdefiniowania KBK. Zaintrygowało mnie to. Przeczytałem kilka polskich artykułów i od razu skojarzyło mi się to z (za przeproszeniem) gówno-teoriami, jakie serwowali na kulturoznawstwie, które nie wnosiły nic nowego. Dom - miejsce pierwsze, praca - miejsce drugie, i cała reszta - miejsca trzecie. Wielkie mi odkrycie! Wszystko w jednym worze: kawiarnie, kluby, bary, kościoły, teatry, parki, siłownie, biblioteki... O tak - w Polsce te ostatnie szczególnie upodobały sobie ten termin. Zwłaszcza w Krakowie. Obejrzałem sobie nawet jakiś panel organizowany na Uniwersytecie Ekonomicznym, gdzie dyskutowano jak miasto może tworzyć miejsca trzecie i jak świetnie wychodzi to Bibliotece Kraków.

Gdy więc przeczytałem wczoraj, że pod koniec stycznia będziemy rozmawiać o miejscach trzecich, to pierwsza myśl jak pojawiła mi się w głowie to: łolaboga co za bullshit! To z kolei było impulsem, by jeszcze raz przyjrzeć się tej teorii. Tym razem jednak przejrzałem anglojęzyczny Internet i... okazało się, że autor tego pojęcia Ray Oldenburg miał na myśli coś ZUPEŁNIE INNEGO. Gość w zasadzie opisał KBK, ale z racji, że w Polsce praktycznie nie ma takich miejsc, to jacyś mądrale przekręcili jego teorię i podpięli pod "miejsca trzecie" wszystko co im jakoś się skojarzyło.

Jakie więc są miejsca trzecie wg Oldenburga?

  1. Otwarte i gościnne - nie potrzeba zaproszenia ani wcześniejszego umówienia się.
  2. Wygodne i nieformalne. To taka przestrzeń, którą można uznać za "swoją".
  3. Na tyle blisko, by można było wpadać często.
  4. Gdzie spotykają się bardzo różni ludzie.
  5. Gdzie są stali bywalcy. Często jest też gospodarz który wita nowo przybyłych.
  6. Rozmowa jest główną aktywnością. Dyskusje, spory i plotki są naturalną częścią tego miejsca.
  7. Śmiech pojawia się często. Atmosfera jest lekka i swobodna.

Brzmi to jak opis KBK. Równocześnie śmiem twierdzić, że żadna instytucja publiczna w Polsce realizująca samodzielnie swoje zadania nie odpowiada takiej charakterystyce. Coś takiego jest możliwe chyba tylko w przypadku ścisłej współpracy z NGO (vide: Centrum Kultury Fordon w Bydgoszczy, o którym pisałem w grudniu). Oczywiście bez gwarancji powodzenia. Tak czy owak Oldenburgowi, gdy pisał swoją książkę pt. "The Great Good Place" w ogóle nie chodziło o inicjatywy tworzone przez państwo (żadnych bibliotek tam nie było), lecz miejsca w stylu starych angielskich pubów, gdzie schodzą się ludzie z sąsiedztwa i dyskutują przy piwie...



0
0
0.000
3 comments
avatar

Polskie biblioteki publiczne chwyciły się koncepcji Oldenburga jak tonący brzytwy. Dla dyrektorów (lub kandydatów na dyrektorów) to była często baza tworzenia wizji, koncepcji czy planu pracy na kolejne lata. Na posiedzeniu rady czy komisji (miejskiej, gminnej), w której żaden radny nie korzysta, nie jest czytelnikiem, nie bywa na organizowanych wydarzeniach można było roztaczać taką właśnie wizję, uzasadniając potrzebę utrzymania dotychczasowej liczby etatów dla często wieloletnich pracowników, podczas gdy słupki obrazujące aktywnych czytelników i wypożyczenia są coraz niższe. A tego organ nie lubi - słupki powinny rosnąć. Zatem w zamian prezentowano pomysł "nowoczesnej biblioteki - trzeciego miejsca".

Czy biblioteka może być dla kogoś trzecim miejscem? Tak. Na podobnej zasadzie jak siłownia (również niewymieniona w The Great Good Place), bo z założenia nie rozmowa w obu przybytkach jest główną aktywnością, a jednak często użytkownicy (w pierwszym przypadku czytelnicy, w drugim ćwiczący) ją nawiązują.
Czy ktoś, kto wcale nie czyta książek pójdzie do biblioteki skorzystać z "trzeciomiejscowej" oferty? Z praktyki wiem, że raczej rzadko - musi to być jakieś niestandardowe (a nawet kontrowersyjne) wydarzenie lub spotkanie ściśle trafiające w gust takiej osoby.

No i obecnie trzecie miejsca w realu mają potężną konkurencję w świecie wirtualnym - to na Disordzie, grupkach FG, pozostałych przy życiu forach, streamach ludzie czują się komfortowo, dyskutują, spędzają wesoło czas i to te przestrzenie uznają za "swoje".

0
0
0.000
avatar

Czy biblioteka może być dla kogoś trzecim miejscem? Tak.

Nie przeczę, że może. Problem w tym, że nie staje się nim na podstawie deklaracji dyrekcji biblioteki. To czy taka czy inna placówka stanie się miejscem trzecim wynikać będzie z praktyki. Trudno jednak tego oczekiwać jeśli organizatorzy sami nie rozumieją czym są takie miejsca. A często definiują je jako "miejsca spędzania wolnego czasu". We wspomnianym przeze mnie panelu dyrektorka Biblioteki Kraków powiedziała coś takiego: przyjdzie młody człowiek, wyciągnie smartfona, ale oswoi się z widokiem czytających ludzi. No spoko, ale "spędzenie wolnego czasu" nie jest esencją miejsca trzeciego, a niestety tak to jest często przedstawiane.

Jeśli chodzi o świat wirtualny, to pandemia pokazała, że miejsc trzecich nie da się zastąpić. Wirtualna proteza to nie to samo. Do tego dość krucha. Wystarczy porównać #polish z 2018 roku i to obecne ;)

0
0
0.000
avatar

Tak. Tak właśnie wygląda nasze lokalne wypaczenie koncepcji trzeciego miejsca - po prostu do "bywania w nim". Wybrane elementy koncepcji Oldenburga (przede wszystkim 1. i 5. - są godziny otwarcia i etatowy gospodarz-bibliotekarz) no i przede wszystkim nazwa zostały grubymi nićmi doszyte do podstawowych zadań biblioteki, co miało stworzyć ten efekt nowoczesności i pokazać bibliotekę jako miejsce, które odwiedza nie faktyczne 5% (lub mniej) mieszkańców gminy, ale potencjalnie może nawet 100%.

0
0
0.000