Miejsca trudne do uchwycenia

avatar

Ponad 20 lat temu miałem marzenie, żeby otworzyć pub irlandzki. Marzył mi się lokal ze stałymi bywalcami, muzyką na żywo, potańcówkami i różnymi wydarzeniami. Ludzie mieli w nim siedzieć razem, przy dużych stołach i sączyć Guinnessa przy długich rozmowach. Takie było moje wyobrażenie irlandzkich pubów. Zaczerpnąłem je głównie z filmów, bo na Zielonej Wyspie nigdy nie byłem. Paradoksalnie jednak żaden Irish pub w Polsce tak nie wyglądał. W każdym, który odwiedziłem kupowałem Guinnessa (mimo iż ogólnie nie lubię i nie piję alkoholu), siadałem, a potem przez 2 godziny w samotności sączyłem to niedobre ciemne piwo. Nie było żadnych przypadkowych spotkań.

Przykład ten świetnie pokazuje jak trudne do uchwycenia są miejsca trzecie, o których pisałem wczoraj. Otwarty 5 lat temu "irish pub" w Krakowie to coś zupełnie innego niż istniejący ponad 100 lat pub w jakiejś irlandzkiej mieścinie. Miejsca definiowane jako "pub", "bar", "kawiarnia", "herbaciarnia" mogą być miejscami trzecimi, ale wcale nie muszą. Paradoksalnie miejscami trzecimi mogą być nawet miejsca pierwsze oraz drugie. Wszystko zależy od (jak to często bywa) czynnika ludzkiego i utrwalonej praktyki.

Jakieś inne przykłady? Proszę bardzo...

Kawiarnia w Tramwaju

Cafe Tramwaj to moje ulubione miejsce w Tarnowie. Jeden wagon sprowadzony ze Lwowa. Łącznie 6 stolików. Lokal prowadzi dwóch braci. Jeden jest bardziej ekstrawertykiem, drugi wręcz przeciwnie. Pierwszy zagaduje do ludzi, wchodzi z nimi w dyskusje, ciągle żartuje. Efekt? Bardzo często na jego zmianie zupełnie nieznani mi ludzie dołączali się do naszych rozmów. Na zmianie drugiego brata Tramwaj o wiele bardziej przypomina standardową kawiarnię, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie (czytaj: pije kawę). Powstaje więc pytanie: czy miejsce trzecie może być nim tylko przez połowę dnia? Jedno jest pewne: czynnik ludzki (sposób prowadzenia lokalu) często jest decydujący.

Sece

Sece to łotewska wioska, w której mieszkałem 20 lat temu. Kiedyś był tam bar, ale go zamknęli. Nie było tam miejsc trzecich. No chyba, że przystanek autobusowy. Od czasu do czasu w szkole zorganizowano jakąś imprezę. I tyle. Odpowiedzią na to miał być klub młodzieżowy, w którym pracowałem jako wolontariusz. Był on w piwnicy szkoły, ale miał osobne wejście. Wymyślili go ludzie z Rygi. Trudno było jednak przełamać przyzwyczajenia ludzi. W efekcie działał 3 godziny dziennie. Między 12 (kiedy pierwsze dzieci kończyły lekcje) a 15 (kiedy odjeżdżał autobus). Bardziej ukonstytuowanym miejscem była biblioteka. Można było tam skorzystać z Internetu na komputerach stacjonarnych, więc był tam (w tamtych czasach) całkiem duży ruch. Naturalne "miejsce trzecie"... gdyby ktoś zaczął to jakoś stymulować.

Promienna

Funkcję miejsca trzeciego spełniało również moje mieszkanie na Promiennej w Tarnowie. Mieszkałem tam od końca 2007 roku do początku 2011. Odwiedzało mnie sporo znajomych, którzy przyprowadzali swoich znajomych. Było bardzo dużo rozmów. Często śpiewaliśmy stare pieśni. Czasem organizowane były jakieś małe wydarzenia (np. rocznica urodzin Tolkiena). Niby miejsce pierwsze, ale faktycznie hybryda.

KBK

Moje marzenie sprzed ponad 20 lat zmaterializowało się w postaci KBK. W tym roku koordynacja działań Królestwa jest już formalnie moją pracą (miejsce drugie). Wciąż jednak traktuję je jako swoje miejsce trzecie - główną przestrzeń poznawania i spotykania ludzi oraz prowadzenia rozmów. Jeśli wdrożymy coworking (a myślę, że prędzej czy później to nastąpi) wówczas dla wielu bywalców KBK granica między pracą a socjalizacją również się zatrze. Zresztą teoria Raya Oldenburga ma też inne sprzeczności, których pewno bym nie zauważył, gdyby nie kabekowe doświadczenie, zwłaszcza ostatnich dwóch lat.

I tak na przykład Oldenburg pisze, że miejsca trzecie to "neutralny grunt", że są inkluzywne i w ogóle. Z drugiej jednak zaznacza, że dominują w nim stali bywalcy. No i tak się składa, że skonfrontowaliśmy już te tezy z rzeczywistością. Jeszcze na początku 2024 roku KBK składało się głównie ze stałych bywalców. Efekt był taki, że nowe osoby, które przyszły przypadkowo (a nie przyprowadzone przez znajomych) raczej nie wracały. Kampania na Facebooku zmieniła sytuację. Nagle na wydarzenia zaczęło przychodzić więcej nowych osób i bywalcy rozpuścili się w masie. Nawet jeśli byli, to zwykle wchodzili w interakcje z nowoprzybyłymi zamiast plotkować. Mam wrażenie, że był to wtedy najbardziej neutralny grunt, w którym nie było podziału na starzy - nowi. Efekt był taki, że nowe osoby zaczęły wracać i same stały się bywalcami. I znów wróciliśmy do sytuacji wyczuwalnego podziału na bywalców i gości. Z tą tylko różnicą, że na niektórych wydarzeniach ludzi jest tak dużo, że goście mogą spokojnie zająć się sami sobą. Jest to jednak aspekt o wiele bardziej problematyczny, niż wynika to z książki "The Great Good Place". Nie zmienia to faktu, że część rzeczywistości opisuje ona całkiem trafnie, pozwolę sobie więc na koniec wkleić fragment poświęcony bywalcom.


Urok trzeciego miejsca zależy tylko w drugiej kolejności od liczby miejsc siedzących, różnorodności serwowanych napojów, dostępności parkingu, cen czy innych cech. To, co przyciąga stałego gościa do trzeciego miejsca, nie jest dziełem zarządzających, lecz innych klientów. Trzecie miejsce jest jedynie przestrzenią, dopóki nie pojawią się w nim właściwi ludzie, którzy je ożywią — a są nimi stali bywalcy. To oni nadają miejscu charakter i sprawiają, że przy każdej wizycie można mieć pewność, iż spotka się tam kogoś „ze swojej paczki”.

Trzecie miejsca są zdominowane przez stałych bywalców, choć niekoniecznie w sensie liczbowym. To oni — niezależnie od tego, ilu ich akurat jest — czują się w danym miejscu jak u siebie i nadają ton towarzyskości. To ich nastrój i sposób bycia tworzą zaraźliwy styl interakcji oraz decydują o tym, czy nowe twarze zostaną zaakceptowane. Powitanie gospodarza, choć istotne, nie jest tym najważniejszym; prawdziwe zaproszenie do świata trzeciego miejsca pochodzi z drugiej strony baru lub stolika — od samych bywalców.

Znaczenie stałej grupy widać każdego dnia w całych Stanach Zjednoczonych w koncesjonowanych lokalach, które nie mają wiernej klienteli. Goście siedzą tam w znacznych odstępach od siebie. Wielu z nich sprawia wrażenie, jakby pochylało się nad niewidzialną ołowianą kulą nieszczęścia spoczywającą im na kolanach. Odrywają etykiety z butelek piwa. Studiują hasła reklamowe na pudełkach zapałek. Oglądają popołudniową telewizję, jakby była niezwykle interesująca. Scena ta przypomina „atmosferę końca świata”, którą Henry Miller opisał w swoim przygnębiającym obrazie amerykańskich „spelun”. Panuje tam apatia, jeśli nie autentyczna rozpacz. Większość tych nieszczęsnych gości wchodzi nie tylko po to, by się napić, lecz także w poszukiwaniu radości, która powinna towarzyszyć piciu. Szukając wytchnienia od samotności lub nudy, jedynie potęgują te uczucia, nie potrafiąc nawiązać ze sobą żadnej relacji. Są niemal zawsze skazani na porażkę — jeśli cisza nie zostanie natychmiast przerwana przez obcych, rzadko bywa przerwana w ogóle. Taki ponury obraz nie występuje w trzecich miejscach ani wśród ludzi, którzy je mają. Ci, którzy stają się stałymi bywalcami, nigdy nie muszą się z nim mierzyć.

Każdy stały bywalec był kiedyś nowicjuszem, a akceptacja nowych osób jest niezbędna dla trwałej żywotności trzeciego miejsca. Przyjęcie do kręgu nie jest trudne, ale nie następuje automatycznie. Wiele z tego, co się na nie składa, można zrozumieć, obserwując porządek powitań w trzecich miejscach. Najserdeczniej witany jest powracający syn marnotrawny — ktoś, kto wcześniej był lojalnym i zaakceptowanym stałym bywalcem, lecz okoliczności w ostatnich miesiącach trzymały go z dala. Jest to być może jedyna osoba, która może liczyć na więcej niż swoją „demokratyczną” porcję uwagi. W końcu był nieobecny i jest o co pytać oraz co opowiadać. Następny w kolejności powitania jest stały bywalec, którego nadejścia oczekiwano. Grupa liczyła na jego pojawienie się i wita go odpowiednio. Potem przychodzi nieznajomy lub nowicjusz w towarzystwie innego stałego bywalca. Następnie pojawiają się obcy w parach, a na samym końcu — samotny nieznajomy, którego akceptacja zajmie najwięcej czasu.

Paradoksalnie to właśnie samotny nieznajomy ma największą szansę stać się stałym bywalcem. Musi jednak zbudować zaufanie. To właśnie element zaufania w największym stopniu decyduje o sile powitania. Obcy przychodzący z regularnym bywalcem są niejako „poręczeni”. Obcy w parach przynajmniej sobie nawzajem wydają się w porządku i zwykle prowadzą rozmowy, które dodatkowo potwierdzają ich akceptowalność. Samotny nieznajomy nie ma jednak takiego zaplecza. Choć w naturze grup inkluzywnych leży zapraszanie nowych uczestników do konwersacji, równie naturalna jest potrzeba poznania i zaufania tym, z którymi się rozmawia. Ponieważ życie publiczne w Ameryce jest stosunkowo ubogie w rytuały łączące ludzi — takie, które w innych kulturach zapewniają bezpieczne wprowadzenie obcych — porządek powitań nabiera podwójnego znaczenia.

Jak więc samotny nieznajomy staje się częścią grupy? Nie jest to trudne, ale wymaga czasu ze względu na rodzaj zaufania, jaki musi się wytworzyć. Nie jest to zaufanie, na którym banki opierają zdolność kredytową, ani to, które łączy żołnierzy w walce, gdy od siebie nawzajem zależy ich życie. Bardziej przypomina ono zaufanie między dziećmi grającymi bez nadzoru w osiedlowego baseballa. Ci, którzy regularnie się pojawiają i grają całkiem przyzwoicie, stają się stałymi graczami. Podobnie w grupie trzeciego miejsca wystarczy wiedzieć, że nowicjusz jest „w porządku” — potrafi brać i dawać w rozmowie zgodnie z zasadami ogłady i wzajemnego szacunku — oraz mieć pewność, że nowa twarz stanie się twarzą znajomą. Tego rodzaju zaufanie rośnie z każdą wizytą. Zasadniczo chodzi o to, by po prostu regularnie wracać i nie być uciążliwym. Spośród tych dwóch warunków przyjęcia — regularności i nienachalności — to pierwszy jest zdecydowanie ważniejszy. [Tu akurat się nie zgodzę, nachalny, uciążliwy gość, który przychodzi regularnie jest najgorszym co może spotkać miejsce trzecie.]

Z perspektywy nowicjusza grupy trzeciego miejsca często wydają się bardziej jednorodne i zamknięte, niż są w rzeczywistości. Osoby, które jeszcze do nich nie należą, rzadko podejrzewają, jak wielką zdolność do przyjmowania różnorodności one posiadają. Elijah Anderson mógł napisać przenikliwą analizę czarnego trzeciego miejsca, ponieważ jako student uniwersytetu z klasy średniej został zaakceptowany przez stałych, stosunkowo niewykształconych bywalców robotniczego baru w getcie. W Anglii bar publiczny w wielosalowej gospodzie przeznaczony jest dla klasy pracującej i pozostaje niedostępny dla elegancko ubranych osób, które mogą sobie pozwolić na droższe pomieszczenia. Jednak — jak zauważa jeden z obserwatorów — „po kilku wizytach można przychodzić, kiedy się tylko chce.” Przykłady te pokazują charakter miejsc inkluzywnych, w których członkowie czerpią niemal tyle samo radości z przyjmowania nieoczywistych nowych osób, co miejsca ekskluzywne z upewniania się, że nowicjusze spełniają wąskie i rygorystyczne kryteria.



0
0
0.000
4 comments
avatar

Byłem kiedyś z żoną w tym tarnowskim tramwaju i akurat wtedy byli obaj bracia. Jeden w ciszy zajmował się przygotowaniem zamówień, a drugi zagadywał ludzi. Wszystkie miejsca były zajęte i po chwili cały tramwaj wziął udział w rozmowie, którą on zaczął. Część osób była stałymi bywalcami i z nimi najpierw prowadził rozmowę jakby znali się od lat, później dołączyli turyści w tym my. Bardzo ciekawe przeżycie. Zaskoczyło nas to trochę.

0
0
0.000
avatar

Co myślisz o szkockich pubach? Zamiast Guinnessa – Belhaven Black albo MacCallums, zamiast świętego Patryka – Andrzej, a barman oczywiście w kilcie

0
0
0.000
avatar

Myślę, że klimat szkockich (ale też angielskich i walijskich) jest podobny i znacząco odmienny od polskich w dzisiejszych czasach.

0
0
0.000